Pytanie o język u wagi. Aby Putin się uśmiechnął.

23 czerwca Wielka Brytania wybiera rozwód albo dalsze małżeństwo z Unią. Pojawiają się głosy, aby organizacje polonijne zorganizowały stosowną kampanię. Oprócz dylematów zasadniczych (a niby po co? dla kogo?) oraz tradycyjnych konfliktów (ja też chce stać na czele!) pojawia się nowy problem: o ile jeszcze pięć lat temu nikt nie kwestionował pro-unijnych przekonań Polaków w UK, o tyle teraz coraz więcej z nas chce się z Unii wypisać.

Pod tym względem coraz bardziej upodabniamy się do Brytyjczyków. Myślę jednak, że to podobieństwo jest tylko pozorne, ponieważ jeśli Unii nie lubimy to z zupełnie różnych powodów. A jeśli lubimy, to o tym nie mówimy głośno. Intuicja podpowiada, że ciągle większość Polaków w UK jest za Unią, bo w końcu to dzięki niej w UK się znalazła.


Społeczność polska w UK stoi przed historyczną szansą zabrania głosu w nadchodzącej ogólnonarodowej debacie. Wymagać do będzie wysiłku, ale niezależnie od wyniku referendum, nasza aktywność przynieść może same korzyści: autopromocję polskich przedsiębiorców, stworzenie poczucia wspólnoty, oraz pierwsze na dużą skalę nawiązanie dialogu z gospodarzami. Jeśli sami przekonamy się do głosowania ‘za’, z uwagi na dużą liczebność, możemy nawet przeważyć losy referendum.

Może mam pecha, ale większość moich angielskich rozmówców uważa, że UK powinno z Unii wystąpić “ale pewnie się to nie wydarzy, bo kampania anty unijna ma za mało pieniędzy”. Oto główne argumenty sceptyków.

Unia nie jest instytucją demokratyczną. “Czy znasz swojego eurodeputowanego? “ zapytał mnie niedawno pewien inwestor. “Wszyscy, których o to pytam nie mają o tym pojęcia”, dodał. Jeśli nie wiem, kto reprezentuje moje interesy w Brukseli, mogę założyć, że większość eurodeputowanych reprezentuje pewnie interesy swoje. Osobiste. Jak mogę więc pozwolić, żeby grupa dobrze opłacanych mandarynów, którzy nie odpowiadają osobiście za to co robią, stanowiła prawo?

Czy Polacy mieszkający w Wielkiej Brytanii podzielają to stanowisko? Pewnie nie. Przecież prawie nikt nie zna nazwiska posła ‘który reprezentuje jego interesy’, bo w Polsce głosuje się na partie, a nie na konkretną osobę. Osobiście głosowałem w wyborach europejskich, ale przyznam bez bicia, że nie bardzo rozumiem czego mógłbym od tej osoby oczekiwać, nawet gdybym wiedział, kto nim jest. Brak demokracji nam tak bardzo nie przeszkadza, bo i tak większość z nas nie umie z niej na co dzień korzystać. A skoro możemy pracować w UK zamiast biedować w Polsce, Unia jest ok.

Poza unią będzie nam (Anglikom) lepiej. Płacimy przecież do wspólnej kasy dużo więcej niż z niej wyciągamy. Reguł unijnych przestrzegamy o wiele lepiej niż niektóre kraje kontynentalne, co pewnie uderza w naszą konkurencyjność. Nasz import towarów z unii jest o wiele większy niż nasz do niej eksport, więc to inni korzystają więcej z dostępu do wspólnego rynku. Do Euro i tak nam nie po drodze, bo to przecież projekt polityczny, a nie ekonomiczny i jest katastrofą. Każdy student ekonomii wie, że gospodarki o niższej konkurencyjności, które pozbawiają się możliwości dewaluacji swojej waluty jako instrumentu równoważenia bilansu płatniczego wystawiają się na ryzyko wielkiego strukturalnego bezrobocia, co aktualnie widzimy w Grecji czy Hiszpanii oraz że jedyną naprawą takiej sytuacji jest ‘coraz większa unia polityczna’. A co to to nie.

Zdecydowana większość Polaków, która przybyła do Wielkiej Brytanii po 2004 roku jest tutaj dzięki Unii. Mimo to część z nich (zwłaszcza ta, która nabyła już prawo stałego pobytu) zaczyna podzielać stanowisko eurosceptyków. Po co nam więcej taniej siły roboczej? Przecież to my nią byliśmy, bądź ciągle jesteśmy, z konieczności i pewnie już mamy tego dosyć. Czy nie lepiej wreszcie przestać tak ciężko pracować i przestać ciągle oglądać się za siebie, bojąc się, że jakiś Bułgar czy Litwin, a w przyszłości pewnie Turek czy Syryjczyk zabierze nam pracę? Wątpię, aby Polacy, którzy na Wyspy przybyli niedawno podzielali takie stanowisko. Jeśli UK z Unii wyjdzie, ich sytuacja stanie się niepewna.

Skoro Unia to kiepski klub, to może lepiej go opuścić. Moi rozmówcy widzą w Unii biznesowy klub państw. Klub to słowo bardzo dobrze znane na Wyspach. Centrum Londynu do ‘kraj klubów dżentelmenów’, elitarnych miejsc spotkań ‘ludzi takich jak my’. Każdy szanujący się obywatel należy tutaj do jakiegoś klubu i wie po co tam jest: aby z niego czerpać korzyści, materialne lub niematerialne, ale wyższe niż koszty przynależności Jeśli te koszty są za wysokie, można, a nawet trzeba się z klubu wypisać. O korzyściach niematerialnych (kolektywne bezpieczeństwo, czy siła przetargowa w negocjacjach handlowych z USA) przeciwnicy Unii napomykają, że od bezpieczeństwa jest NATO, a z USA dogadać się można bezpośrednio.

Dla nas (Polaków) kluby mogą być sportowe. Kluby niesportowe też są, jak np. Polish City Club, ale są bardzo młode, niewielkie, niedofinansowane i ciągle balansują na granicy przetrwania. Jak przestaną istnieć, nikt nie zauważy. Od czasu wyprowadzki z Londynu na spotkania Polish City Club-u właściwie już nie chodzę. Po co więc marnować pieniądze na składki, skoro nic z tego klubu nie mam? Składkę zapłaciłem, ponieważ chcę, żeby istniał.

Ale z przynależnością do UE jest inaczej. To klub mający wady, więc trzeba próbować go poprawiać, a nie demontować. Polacy nie mają możliwości wstąpienia do innego klubu, chyba że tęsknimy za uśmiechem i otwartymi ramionami Putina. Mam nadzieję, ze Polacy na Wyspach to zrozumieją i być może to ich głosy staną się językiem u wagi, które przeważą za pozostaniem Wielkiej Brytanii w Unii. I liczę na to, że znajdzie się polska organizacja, która stanie się centrum dowodzenia i inicjatorem pro-unijnej kampanii.
Trwa ładowanie komentarzy...